… tak jakby ktoś zapomniał… Choć musiałby to być ktoś bardzo roztargniony 🙂
A przy okazji kilka dni kolejnego urlopu.
Życie jest piękne. Zwłaszcza latem, przy takiej pogodzie.
Moje notatki i komentarze rzeczywistości
Od kiedy pamiętam listopad był dla mnie najgorszym miesiącem w roku. Jest chyba najbardziej szarym i ponurym miesiącem (obok marca, ale wtedy wieje już wiosną, więc jakoś tak człowiekowi lepiej). Nie jest tak kolorowy jak październik, ani nie tak biały jak grudzień (co w ostatnich latach też zawiodło). Jest ciemno, szaro, ponuro, zimno – tym nieprzyjemnym wilgotnym zimnem. Co dziwne, mrozik zawsze daje mniejsze „odczucie” zimna niż temperatura trochę powyżej zera, zwłaszcza w czasie dużej wilgotności. Taki tradycyjny listopad mamy w tym roku. Praktycznie co dzień pada lub chociaż mży. Słońce schowało się za szarymi chmurami. Jedyne na co ma się ochotę to na zagrzebanie się pod kocem z książką i trzymanie w pobliżu gorącej herbaty „z rozgrzewającą wkładką” 🙂 Może w tym roku sypnie trochę śniegiem i przełamie tę „ciemnicę”… W takiej pogodzie najbardziej wkurzające jest parowanie okularów. Wchodzisz do domu albo sklepu i nic nie widzisz. Zawsze przed zimą zaopatruję się w soczewki kontaktowe, żeby uniknąć tego przykrego „nic nie widzę”.
Ale, ale, listopad już się kończy, za miesiąc święta 🙂 więc nie ma co narzekać. Akumulatory ładuje przedświąteczna atmosfera i emocje związane z tym okresem. Dla poprawienia humoru popijam pyszną jesienną herbatkę. Jeśli ktoś ma ochotę na taką samą to polecam: zaparzcie normalną herbatę i dodatkiem goździków, cynamonu (może być mielony, choć lepszy jest w kawałku) i plasterka pomarańczy (albo kilku). Jeśli ktoś woli herbatki słodzone, proponuję osłodzić ją miodem, oczywiście jak przestygnie. Pycha 🙂
No i klops. Przechwaliłam. Dziś zimno, deszczowo, smętnie. Coraz gorzej wstaje się przed świtem. No chyba, że znowu mam problem z tarczycą, bo jakoś ostatnio nie mam siły i ciągle mi się chce spać. Wyjęłam zimowe kurtki. Wiem, że to jeszcze nie mróz, ale dzisiaj jest naprawdę zimno. W Tatrach podobno pada śnieg. Może i do nas dotarło to zimne powietrze… Jedyne pocieszenie, że w ten weekend przesuwamy zegarki, więc choć przez chwilę będziemy wstawali „za jasności” 🙂
A’propos zegarka: muszę dowiedzieć się co się dzieje z moim, bo prawie miesiąc temu składałam reklamację i oddałam go do naprawy, i ani słychu ani widu. A niby taka porządna firma…
Październik w tym roku póki co nie zawodzi. Pogoda jest piękna, babie lato błyszczy się w promieniach słońca. Poranki co prawda zrobiły się chłodniejsze, ale dni są cieplutkie.
Żeby poprawić „narodowi” humor RPP obniżyła dziś progi procentowe 🙂 Super, bo zapłacimy mniejszą ratę, a przed świętami każdy grosz się przyda. Rodzina duża, więc aby nie nadwyrężyć domowego budżetu, zwykle kupuję prezenty od października…
Co poza tym? Postanowiłam zrobić porządek w szafkach, w których już nic się nie mieści i porozdawać lub posprzedawać zbędne rzeczy. Niestety czasami kupuję coś, co wydaje mi się, że będzie niezbędne, a później ląduje w szafce nieużywane. Powyjmowałam wszystkie te zbędności i od razu zrobiło się więcej miejsca. Usłyszałam od razu przytyk, że na następne graty, ale co tam. Te porządki wypadły tak z rozpędu, bo wcześniej odświeżaliśmy i zmienialiśmy wystrój przedpokoju. Był już tak wybrudzony oponami od wprowadzania rowerów, że nie można było tego dłużej odkładać. Przemalowaliśmy ściany. Dostałam od mamy płytki ceramiczne ręcznie malowane – kilka sztuk, ale położone punktowo zrobiły świetny efekt. Wymieniliśmy też komodę na mniejszą, przez co łatwiej będzie się wjeżdżało. Niestety u nas już tak jest, że jak się nie chce stracić roweru, to trzeba go trzymać w domu. Całe szczęście, że mamy na tyle miejsca.
Nie znoszę kiedy pogoda z dnia na dzień zmienia się o 180 stopni. Kiedy takie „psikusy” robi mi na plus i to duży, bo powiedzmy nagle robi się z kilkunastu Celsjuszów trzydzieści parę, nie jestem w stanie normalnie przejść do sklepu. Z kolei teraz, kiedy może i tak bardzo w dół nie poszybowało, ale za to zaciągnęło chmurami i kolejny dzień pada, ja wpadam w depresję. Nic mi się nie chce, nawet zaplanować wyjazdów jesiennych. Zwykle uwielbiam jesień, ale taką słoneczną, z latającymi pajęczynkami babiego lata, liśćmi szeleszczącymi pod butami, lasem pachnącym grzybami i „suszkami”, porannymi mgłami… Mam nadzieję, że wkrótce taka przyjdzie. Póki co trzeba będzie wyciągnąć się z dołka dobrą muzyką, filmem, a w ostateczności zakupami 🙂 Nowe ciuchy czy buty potrafią zdziałać cuda. Albo tym razem coś innego. Ostatecznie co chwilę dostaję maile i sms-y od różnych sklepów z bardziej wyszukanymi pocieszaczami proponujące np. sprzedaż złota czy innych świecidełek. A mi by się właśnie kolczyki przydały 🙂
… tak jakby ktoś …
… tak jakby ktoś zapomniał… Choć musiałby to być ktoś bardzo roztargniony 🙂
A przy okazji kilka dni kolejnego urlopu.
Życie jest piękne. Zwłaszcza latem, przy takiej pogodzie.
Wakacje, urlop, wypoczynek, piękna pogoda, zrzuciłam parę kilo, kupiłam na wyprzedażach sporo nowych ciuchów, wkrótce wyjazd… Czego chcieć więcej? Tylko mi nie mówcie, że wyprzedaże to oszustwo, bo zwykle kupuję wtedy, gdy potrzebuję, a teraz znalazłam spodnie kupione 2 miesiące temu za 160 zł po 80 zł., sukienki po 20 zł., koszulki po 10… itd. Więc puściłam trochę kasy, ale z głową, na to czego potrzebowałam 🙂
No więc: dziecko pojechało na zieloną szkołę. W domu jakoś strasznie cicho się zrobiło. Nuda można by rzec. Chociaż po odjeździe autobusu dało się słyszeć wśród rodziców: no to co teraz? imprezka? 🙂 Pogoda piękna, więc dziecko nie musiało brać mnóstwa bagażu, choć na piątek zapowiadają ulewy. Niestety przed samym wyjazdem pojawił się mały problem zdrowotny, ale sytuacja została wstępnie opanowana, a dziecko musiało dopakować zestaw medykamentów, bo nadgorliwa matka musiała pomyśleć o „wszelkim wypadku”.
A tymczasem wielkimi krokami zbliża się Dzień Ojca – czytaj dzień dwóch kibiców w rodzinie. Żeby nie kupować czegoś na ostatnią chwilę, wymyśliłam sobie, że tatusiowie dostaną koszulki piłkarskie klubowe, w barwach swoich ulubionych klubów. Może to dla mojego osobistego ojca ciut „za młodzieżowe”, ale chociaż pokibicuje sobie w odpowiednim stroju 😉
Miłego dnia
Już wkrótce wyjazd na zieloną szkołę. A ja nie mam pojęcia co spakować dziecku… W zeszłym roku miała być ładna pogoda, którą w ostatniej chwili „odwołali”. Okazało się, że temperatura nie przekroczyła 8C, padał deszcz, wiał wiatr i to wszystko w górach, przy wycieczce zorganizowanej na turystyczną. Dziecko zmarzło, bo nie chciało wziąć w czerwcu zimowej kurtki. Dobrze, że chociaż porządne, ciepłe buty ubrało. W tym roku dla odmiany ma być ciepło. Ale chyba przygotuję mu bardziej zróżnicowaną odzież, tak na wszelki wypadek, gdyby coś w ostatniej chwili znów miało się zmienić… Oby nie, bo zaplanowane mają sporo zwiedzania i zabaw na świeżym powietrzu. Siedzę więc i robię listę rzeczy, żeby niczego nie zapomnieć. Co prawda klasa jest koleżeńska i lubi się dzielić, ale niektórymi rzeczami się nie da. Trudno wymagać, żeby dzieci zabierały zapasowe szczoteczki do zębów czy ręczniki. Jadąc w odwiedziny do rodziny można o wielu rzeczach nie pamiętać, albo przynajmniej ich nie taszczyć ze sobą, bo zawsze można pożyczyć, np. szampon czy pastę do zębów. Przy krótkich wycieczkach zawsze jest ten problem, że niby jedzie się na 2-3 dni, a wiele rzeczy trzeba zabrać „tak czy inaczej” jak przy wycieczce na 2-3 tygodnie. Mąż zawsze się śmieje, że tyle maneli biorę czy pakuję na tak krótki czas, ale prawda jest taka, że trzeba je wziąć. Sam by się denerwował, gdyby na drugim końcu Polski wieczorem okazało się, że czegoś „oczywistego” nie ma.
Ostatnio polubiłam szparagi. Te zielone; do białych jakoś nie mogę się przekonać. Są zbyt łykowate bez względu na czas gotowania i dokładny wybór w sklepie. Zresztą to podobnie do fasolki szparagowej – zieloną uwielbiam, a żółtej nie. Jedyną rzeczą, która mnie wkurza przy przyrządzaniu szparagów jest ich sposób gotowania, bo nie posiadam póki co specjalnego garnka, a gotowanie w tych co mam to nie lada „gimnastyka”. Przy okazji poszukiwania odpowiedniego garnka do gotowania w czeluściach mojej szafki, okazało się, że moje naczynia w zasadzie kwalifikują się do wymiany. Zastanawiam się jak to jest, że garnki nierdzewne rdzewieją… I to nie jakieś tam specjalnie leciwe. Mój Najmądrzejszy twierdzi, że to niemożliwe i że to jakiś nalot, czy coś w tym stylu, a ja widzę po prostu ciemne plamki, z których po ugotowaniu woda robi się rdzawa. Zastanawiam się czy tym razem nie kupić po prostu tradycyjnych emaliowanych garnków, bo dopóki się nie poobijają, przynajmniej wiadomo że do jedzenia nic się nie dostanie. Podobny problem jest z patelniami – na teflonowych niby dobrze się piecze, ale dopóki się nie poprzepalają, albo nie uszkodzą, co – przynajmniej u nas – ma miejsce dość szybko od zakupu. Zastanawiałam się nad patelniami miedzianymi, ale one też mają swoje plusy i minusy, i nie do wszystkiego się nadają, a poza tym ta cena… Może więc żeliwne, albo ceramiczne? Na wielu forach zachwalają patelnie moneta, może na nie się skuszę i wypróbuję. Cały problem z moimi garnkami i patelniami polega na ich stosunkowo małej ilości. Niby kuchni nie mam aż tak małej, ale jednak garnków dużo nie mam. Raz, że kiedyś stwierdziłam, że skoro kuchenka ma 4 pola grzewcze, to po co mi 8 garnków, a dwa, że nie ma miejsca. Serio. Kiedyś dziwiłam się mamie, że niechętnie cokolwiek większego dokupowała do kuchni, przed wyrzuceniem innej rzeczy i że jak to możliwie, żeby tak kuchnię zapchać, a teraz sama mam to samo. Ale nie ma się jak pozbyć tych rzeczy. Zapasowe nakrycia na wypadek większej liczby gości być muszą. Tym bardziej, że już są, więc przecież nie wyrzucę. Roboty kuchenne wszelkiej maści też muszą być, nawet jeśli ich się często nie używa, to warto dla tego „od czasu do czasu”. Zapas napojów i suchego prowiantu też musi być, bo nie będę biegać po sąsiadach czy pędzić do sklepu, jak się nagle okaże że jestem w połowie gotowania czegoś czy pieczenia, a tu nie ma mąki, cukru, makaronu, ryżu, kaszy, itp. Składzik ważna rzecz. I tak dalej, i tak dalej, a to sporo miejsca zajmuje wok, a to miski, a to słoiki, a to mało używane – ale zawsze – kawiarki elektryczne czy młynki, i w końcu okazuje się, że szafki zajęte i nie ma czego i jak się pozbyć. A że mało prawdopodobna jest zmiana mieszkania na większe czy choćby rozbudowanie kuchni, więc trzeba dostosować ilość garów i innych naczyń do posiadanego miejsca.
Hmmm, a miało być tylko o szparagach… Mimo wszystko pyszne wyszły 🙂
Święta minęły spokojnie, wśród rodziny; dużo się jadło i sporo spacerowało. Mimo moich wielkich obaw, okazało się, że po świętach waga poszła w dół! I gdzie tu logika w odchudzaniu? Człowiek się głodzi, je dietetyczne niesmaczne żarcie i efektów nie ma. A podje sobie u rodziny, bo przecież „jedz dziecko, nie zaszkodzi ci” i rzeczywiście okazuje się, że jest ok. Dlatego przedłużyłam menu świąteczne na kolejne dni i o dziwo nic nie przybrałam. Może to przez te dania w tym mięsiwa osobiście robione, bez dodatku polepszaczy, utrwalaczy, wybielaczy czy czego tam dodają. Znikają ze stołu w szybkim tempie, a mimo to najwyraźniej nam służą. Za dwa dni kolejna okazja, żeby nagotować i napiec więcej jedzenia na zapas, by później tylko odgrzać. A co, też chcę mieć trochę wolnego.