U mnie

Dziecko niestety ferie przesiedziało w domu. Pogoda nie sprzyjała nawet wyjazdom weekendowym. A wkrótce po feriach rozchorowało się, więc sporo wolnego sobie wygospodarowało. Niestety, w szkole dużo się dzieje, więc każdy dzień niechodzenia jest związany później z nadganianiem materiału i zaliczaniem zaległości. Doprawdy, gorzej niż w pracy.

Od dłuższego czasu przerabiają w szkole gimpa… Wczoraj miałam „przyjemność” przysiąść przy tym programie. Koszmar to mało powiedziane. Nie wiem po co się go uczą. Jest trudny i w zasadzie nigdzie nie używany. Zrobić w nim coś to masakra. Szczerze współczuję dzieciakom, że muszą się nim zajmować.

Ostatnio byliśmy u znajomych. Całe szczęście, że tak sobie posiedzieć i pogadać, nic oficjalnego więc ubrałam bluzę, której mi nie żal… Jakiś czas temu kupili sobie pieska. Piesek ma już ponad półtora roku, więc szczeniakiem nie jest, ale nie jest tresowany, a tylko rozpuszczany; wszystko gryzie. Żebyście widzieli rękawy mojej bluzy po tej wizycie… Lubię zwierzęta, ale nie wyobrażam sobie trzymania w mieszkaniu psa, którego się nie tresuje, bo jedyne co on potrafi to załatwić się na dworze. Poza tym nikogo się nie słucha i robi co chce… Jedyny plus sytuacji to ten, że bez wyrzutów sumienia mogę się wybrać na zakupy po nową garderobę 🙂 Oczywiście nie tylko po bluzę 🙂

Od dziś zaczynam ambitnie powtarzać angielski, bo stwierdziłam, że dużo rzeczy mi z głowy wywietrzało przez lata nie używania, albo raczej używania w ograniczonym zakresie. Oby mi się udało wrzucić to na stałe do mojego harmonogramu dnia. Grunt to przyzwyczajenie. Później już będzie łatwo 🙂

Pomysły na ferie

Zupełnie nie mam pomysłu co zrobić z dzieckiem w ferie. Na zimowisko zabrakło funduszy, więc na razie siedzi w domu przed komputerem, co powoduje ciągłe awantury, bo kompletnie nie potrafi odciąć się od sieci. Wciąż tylko gierki i facebook. Z innymi dzieciakami nie chce się spotykać, tzn. oni też siedzą w domach i spotykają się wszyscy w wirtualnym świecie. Nie bardzo mogę, a właściwie nie mogę, wziąć teraz urlopu, żeby organizować mu życie i zajęcia. 

Macie jakieś pomysły co zrobić z dzieckiem w czasie ferii?

Szkoła organizuje zajęcia tylko dla najmłodszych, innych ofert zajęć w okolicy brak.

W zasadzie wolałabym, żeby ferii w ogóle nie było. Byłoby to na pewno zdrowsze dla dzieci.

*****

Zastanawiam się czy nie zrobić już rezerwacji na wakacje. Znajomi robili w czerwcu zeszłego roku rezerwacje na zimowy wyjazd i zapłacili poniżej 40% ceny obowiązującej obecnie. Może gdybym teraz wybrała wyjazd i wpłaciła zaliczkę, byłoby równie korzystnie… Pytanie tylko: gdzie jechać? No i ryzyko, bo plany urlopowe jeszcze nie klepnięte. Chyba, że zrobię totalną samowolkę i sama podejmę decyzję 😉 Co też wiąże się z pewnym ryzykiem, bo kupione swego czasu w ten sposób bilety na koncert musiałam czym prędzej puścić na Allegro, bo się okazało, że Mój zaparł się rękami i nogami i jechać nie chciał.

W pracy na razie względny spokój, w sensie nie ma żadnych akcji wyjazdowych, ani projektów, które wymagałyby siedzenia po godzinach. Dla „rozrywki” wdrażamy tylko nowy system crm, więc jest na razie ogólne niezadowolenie, bo jak dobry by on nie był, trzeba się uczyć nowego i do niego przyzwyczajać, a wiadomo, że zmian większość ludzi nie lubi. A przepraszam, była jedna zmiana, która się wszystkim spodobała – wymienili nam wszystkim krzesła i nie widziałam nikogo niezadowolonego z tego faktu 😉

Mojemu ostatnio podobają się czytniki e-booków. Ogląda je w każdym sklepie (w którym są). Zastanawiałam się czy nie kupić mu takiego w prezencie na Walentynki, choć z drugiej strony widzę, że od ponad roku nie czyta książek, które kiedyś regularnie kupował, tylko słucha audiobooków. Bez sensu by było kupić kolejny gadżet, który będzie leżał na półce...

Do Turcji żeby zobaczyć śnieg :)

Wygląda na to, że jak się chce zobaczyć śnieg, to trzeba się wybrać np do Turcji, gdzie leży go sporo. W naszych ciepłych, albo raczej suchych, krajach jest go niewiele, choć my należymy do tych szczęśliwców, którym troszkę pobieliło 🙂

A że jest przy okazji zimno, więc od kilku dni mam ciągłe zamówienia na rosół. Ciekawe kiedy im się znudzi? 🙂 Pewnie wtedy przez pół roku rosół będzie u nas passe 😉 Ale na razie mogę gotować, czemu nie; gorzej by było, gdyby wymyślili sobie jakieś bardziej czasochłonne danie.

Mieliśmy wybrać się do kina na Gwiezdne Wojny, ale wszyscy się pochorowaliśmy i zapewne poczekamy aż wyjdzie na płytkach, bo jakoś nam się nie uśmiecha takim zasmarkanym i kaszlącym iść na seans i robić dodatkowe efekty dźwiękowe… Co ma też ten plus, że będzie można za niższą cenę obejrzeć film kilka razy.

A tymczasem zbliża się w szkole koniec semestru, więc wielkie zamieszanie z zaliczaniem zaległych sprawdzianów, przepytywaniem, robieniem dodatkowych prac, naciąganiem i poprawianiem. To ten element w szkole, po którym nie da się poznać o jakim roczniku mówimy. Przypuszczam, że jest to jedna z niewielu stałych w naszym systemie edukacji 🙂

Karp

Nie cierpię karpia. Moim zdaniem, jak by go nie przyrządzić jest po prostu niesmaczny. Jadłam go już i smażonego w panierce i bez panierki (grilowanego) i duszonego w śmietanie i cebuli, i w sosie winnym z białymi winogronami i w galarecie, i w sosie greckim i na wiele innych sposobów, których już nawet nie pamiętam. Tak, wiem, że to nasza narodowa świąteczna ryba, dlatego z uporem maniaka co roku ją kupuję, i mimo że rodzina też za nim nie przepada, robię. Ponoć do wszystkiego można się przyzwyczaić. Może gdybyśmy tego karpia jedli częściej, dałoby się tę zasadę zastosować, niestety (albo stety) nie jemy, więc jeszcze się nie przyzwyczailiśmy. W tym roku zapewne też kupię, żeby wszystko było zgodnie z tradycją. Oczywiście nie mam zapędów masochistycznych i nie robię tego karpia nie wiadomo ile. Maleńka symboliczna porcyjka dla każdego, a na dojedzenie inne ryby, morskie, bo są naszym zdaniem smaczniejsze, może z wyjątkiem sielawek, ale tych z kolei u nas się nie dostanie i pstrąga – ale jego jakoś nie wiedzieć czemu na święta nie robię…

W tym roku ponoć karpie podrożeją. Jejku, a co nie drożeje. Myślę, że nie ma co robić chryi o jedną małą rybkę, którą znakomita większość społeczeństwa – tak jak i my – kupuje raz do roku. W dodatku nie waży to dużo. Co innego, gdyby naszym narodowym daniem był indyk, albo przynajmniej gęś. Biorąc pod uwagę ceny prezentów, wydatki na tego karpia, wpadną jak śliwka w kompot… Co mi przypomina, że nie mam jeszcze suszu 😉

Sałata

Późna jesień to już niestety czas, w którym warzywa i owoce tracą smak. Oczywiście mamy na pocieszenie cytrusy, na które teraz przypada sezon, ale za to pomidory i ogórki robią się czymś pomidoro- i ogórkopodobnym; sałaty są pędzone na chemii.

Kiedyś słyszałam opowieści o hodowcach pomidorów, którzy – jeśli pomidorki nie wystarczająco dojrzały do czasu gdy trzeba było jechać na targ, podjeżdżali pod szklarnię tyłem samochodem i napełniali ją dymem spalin. Ponoć pomidorki szybko robiły się piękne i czerwone… Nie wiem ile w tym prawdy i czy rzeczywiście jest jakiś związek pomiędzy spalinami czy czymś innym obecnym w dymie, a kolorem pomidorów, ale takie opowieści odbierają mi apetyt na i tak niesmaczne warzywa.

Dlatego też postanowiłam wyhodować swoją sałatę masłową i rzymską. Posadziłam je w doniczkach i ustawiłam na parapecie. Pięknie wykiełkowały. Żeby miały więcej miejsca, powyrywałam nadmiar kiełków. Puściły „badylka” na jakieś 5 cm, na badylku mini listeczki, po czym zaczęły padać jedna po drugiej… 🙁 Czy ktoś zna przyczynę? Mają ciepło, jeśli nie słonecznie, to przynajmniej jasno, „siedzą” w wilgotnej ziemi… Czego mogłyby chcieć więcej?

* * *

Dziś zauważyłam, że nasz placyk koło szkoły ogrodzili i postawili na nim przyczepę kempingową i toy toy. Ciekawe czy będą coś budować (początek zimy to czas jak najbardziej właściwy na rozpoczynanie robót w naszym pięknym kraju;) ), czy może przygotowują się do sprzedaży choinek… A już myślałam, że zrobią tam wypasiony plac zabaw, albo chociaż park, gdzie dzieci mogłyby się trochę po szkole rozerwać…

Ze zdziwieniem rano czytałam, że część kraju śniegiem zasypana. Z jeszcze większym zdziwieniem oglądałam zdjęcia Danii – 60 cm. śniegu to nie bagatelka. Nie pamiętam kiedy ostatnio u nas tyle było… A jak do „wyszukiwania” dodam jeszcze „w listopadzie” to już w ogóle system pamięciowy mi się zawiesza 😉

Znowu

Znowu media donoszą o zamachach. Kiedy znajdzie się w końcu sposób na ich wyeliminowanie? Wiem, pytanie strasznie naiwne. Najpierw trzeba by zlikwidować biedę i muzułmanie sami musieliby zrobić u siebie porządek, a także na nowo zinterpretować księgę dostosowując ją do bardziej cywilizowanych warunków niż te, w których powstała. To odebrałoby argumenty „naganiaczom”, że ISIS wyeliminowali „niewierni”. Nie wiem czego szanse są mniejsze: biedy czy ucywilizowania zasad muzułmańskich, choć był czas, że szło im całkiem dobrze. Kiedy się podróżuje, wydaje się, że świat jest mały, ale kiedy trzeba kogoś znaleźć i zrobić z nim porządek, okazuje się całkiem spory.

Świece z wosku pszczelego

Kiedyś mama kupiła i zapaliła w święta świece z wosku pszczelego. Pachniało miodowo w całym domu, a właściwie miodowo-pomarańczowo, bo zwykle w święta je się u nas mandarynki i pomarańcze w hurtowych ilościach 🙂 Jakoś lepiej się wtedy znosi świąteczne obżarstwo 😉 Te świeczki dawały taki cudowny zapach jakiego nie uzyska się kupując zwykłe zapachowe świece. Wczoraj wieczorem, kiedy zapalałam ostatnie sztuki świeczek z Ikea właśnie mi się o nich przypomniało. Niestety nigdzie w pobliżu, nawet na straganach przedświątecznych takich nie widziałam. Chyba muszę poszukać w necie…

Jutro Dzień EN

Jutro Dzień Edukacji Narodowej, czyli święto zawężone do pojęcia Dzień Nauczyciela, którzy w tym dniu zgarniają kwiaty i inne podarki od uczniów, mimo że tak naprawdę jest to również święto tych uczniów. Co prawda uczniowie też w tym dniu otrzymują prezent – dla wielu najpiękniejszy z możliwych w postaci braku lekcji, ale jednak nikt nie nazywa tego dnia Dniem Ucznia. A szkoda, może i uczniom zrobiłoby się miło, gdyby mieli swoje święto. Moje Dziecię, tak jak i inne pójdzie jutro do szkoły na galowo (obym tylko nie zapomniała dziś odprasować mu koszuli), bo mają apel i czas wolny, można by rzec – integracyjny. Ten rok szkolny w ogóle upływa im pod znakiem braku lekcji w środę, bo już wcześniej dwukrotnie zdarzały się wyjazdy środowe, a w listopadzie dojdzie jeszcze Święto Niepodległości – także w środę.

Niestety inne grupy zawodowe nie mają tak fajnie, żeby w dniu swojego święta mieć dzień wolny, ewentualnie stawić się do pracy na kawę i ciacho. Mnie to również dotyczy (że nie mam wolnego).

A co w domu? Ostatnimi laty październik był tak ciepły, że w tym roku zostawiłam sobie na niego sporo prac ogródkowych. A tu w tym roku przyszła nam zima. A jeśli nie zima, to zimno. Byłam wczoraj zgrabić liście i zmarzłam straszliwie. Chciałam jeszcze odmalować płotek, ale doszłam do wniosku, że farba nie wyschnie przy takiej pogodzie i być może będzie krócej trzymać, więc poczekam jeszcze trochę. Podobno pod koniec tygodnia zrobi się cieplej. Tym bardziej, że chciałam przed malowaniem trochę go oczyścić, co skończyło się kłótnią, bo Ukochany stwierdził, że szkoda czasu i trzeba go tylko odmalować i on nie będzie tracił czasu, energii i sprzętu na czyszczenie, a ja wolę wszystko robić porządnie. Wzięłam więc szlifierkę i pech chciał, że się jakoś zepsuła na drugim płotku… I to niby moja wina. Mówiłam, że praca z urządzeniami w stylu wiertarka, szlifierka nie jest moją mocną stroną, ale na pewno nie miałam jak tego zepsuć, ale on wie swoje. Tak czy inaczej ma naprawić i dokończyć sam 🙂 Więc jakiś plus jest, że ominie mnie trochę roboty. Za to będę malować, żeby było dokładnie 🙂

Od wczoraj na mojej drodze do pracy panują wyjątkowe korki. Od początku września nie jest dobrze, ale wczoraj i dziś to już było przegięcie. Zastanawiam się nad przesiadką do autobusu, bo one na wielu odcinkach w korkach nie stoją. Nie wiem co się stało – albo więcej osób przesiadło się przy tej pogodzie do samochodów, albo część zapomniała jak się jeździ (mimo, że śniegu u nas nie ma), albo zaczął się remont jakiejś innej drogi i nasza stała się bardziej uczęszczana, bo to jest aż coś niesamowitego.

Referendum

Porażka, to chyba najczęściej powtarzanie słowo i nie bez uzasadnienia, bo moje odczucia są takie same. Powody:
1. koszt – do końca nie wiadomo jaki, bo KBW twierdzi, że ok. 90 mln zł, ale są też informacje o 130 mln. Tak czy inaczej wydaliśmy ok. 35 mln na komisje, 4 mln na karty do głosowania, a o reszcie raczej się nie mówi, więc pewnie jakoś się rozeszła… Biorąc pod uwagę, że utrzymanie partii politycznych kosztuje nas 54 mln rocznie to mielibyśmy tego na kilka lat,
2. frekwencja poniżej 8% – niezależnie od tego, że pytania były źle sformułowane, to porażka nad porażkami. Już lepiej było pójść i zagłosować chociaż na niektóre pytania albo oddać pustą kartę na znak protestu, a tak społeczeństwo pokazało, że ma wszystko w głębokim poważaniu i dostarczyło dodatkowych powodów, żeby go o nic nie pytać w przyszłości tylko robić co się rządzącym podoba,
3. źle sformułowane pytania – doprawdy nie wiem jak prawnicy z Kancelarii Prezydenta mogli puścić takiego „gluta” i jak Senat mógł to zaakceptować (dwa pierwsze pytania niedookreślone, a trzecie w ogóle bez znaczenia ze względu na te wątpliwości co do „wykładni” a nie „treści”),
4. słaba kampania przedreferendalna,
5. żadnego wieczoru poreferendalnego w państwowej telewizji z coraz dziwniejszą „misją” – „Rolnik szuka żony” zamiast poważnych spraw mających znaczenie dla państwa (przynajmniej teoretycznie) i późno krótki programik na TVP INFO.

Wniosek: Polacy to jeden z najdziwniejszych, najbardziej leniwych narodów z ogromnymi pretensjami do całego świata, ale nie potrafiący wyrazić swojego zdania, gdy go pytają. I to jest największa PORAŻKA.