Początek roku

No to mamy Nowy Rok, początek stycznia, a za oknem… hmmm…. jesień to jeszcze czy już wiosna. Ponoć wiosna zanika i od razu pojawia się lato, więc chyba jesień. Z drugiej strony trawa zaczyna się zielenić, coś rośnie coraz szybciej na polach – kiedy ostatnio przejeżdżaliśmy przez tereny za miastem sarny miały prawdziwą ucztę, gdzieniegdzie na drzewach pojawiają się podobno pąki a nawet kwiaty (co nie wróży dobrze ilości owoców i ich cenie), więc może jednak wiosna. Podobno czasem pory roku potrafią się pomieszać. Pomieszały się już w zeszłym roku, kiedy to praktycznie do końca czerwca było bardzo zimno, za to dużo cieplej niż w czerwcu było w Wigilię. Początek tego roku to też piękna pogoda, zbliżona do +10C i zmian na prawdziwą zimę nie widać. Ongiś o tej porze roku, śnieg skrzypiał pod butami i niemal codziennie dosypywało go więcej. Po szkole jeździło się na butach, albo na workach z butami zmiennymi zanim dotarło się do domu, a później szybki obiad i na sanki. A że samochodów było dużo mniej i śnieg często prószył, można było jeździć na sankach nawet na większości dróg, bo pług z piaskiem, a właściwie ze żwirem, bywał na mniej uczęszczanych uliczkach co kilka albo nawet kilkanaście dni. Można było też wylać wodę na jakimś placyku i przez wiele tygodni jeździć na łyżwach. Oj dużo tracą dzisiejsze dzieciaki. No chyba że lubią grać w piłkę, bo na pobliskim boisku codziennie kopią… Osobiście jednak uważam, że my mieliśmy fajniej, kiedy było większe urozmaicenie pogodowe.